wtorek, 31 grudnia 2013

Rozdział Dwudziesty Szósty

AUTORKA:  Może być tak, że początek może nie pasować do reszty, ale jakoś tak napisałam go pod jakimś takim dziwnym przypływem takiej pewności siebie.? Tak myślę.
Dziękuję z całego serca za komentarze pod poprzednim rozdziałem. Naprawdę, nie zdajecie sobie sprawy z tego jak bardzie mnie cieszy to, iż ktokolwiek czyta to ff i się podoba. Tworząc je, nie czułam się faktycznie go pewna, ale wy zmieniłyście moje zdanie. Dziękuję <3
Ach, życzę wam szczęśliwego Nowego Roku! Mam nadzieję, że spełnią się wasze postanowienia/marzenia noworoczne i z wielkim hukiem powitacie 2014. Ja za pewne będę siedzieć w domu z przyjaciółką i Picolo (haha, czyżby?), no i oczywiście wiecznie online na twitterze będę!
W tym roku bez śniegu, ale zawsze to jakiś Sylwester, prawda?
Tak więc Happy New Year, życzę wam ja - od 3 dni - osiemnastolatka z wielooooma postanowieniami i niemalże zerowymi rokowaniami na to, by się one sprawdziły. :)xx


    Londyn, 2013
    W szkole przygotowują cię do egzaminów. Pierwiastki, potęgi, ciągi, logarytmy, kombinatoryka, związki chemiczne, obliczanie siły, pracy, mocy, czy innych "ważnych" terminów. Nabywasz umiejętności, wiedzę, która ma ci być potrzebna w dorosłym życiu, a im lepiej ją przyswoisz - tym więcej osiągniesz. Tylko, czy wkuwanie do późnej nocy, zdawanie sprawdzianów na piątki, czy też sumienne odrabianie prac domowych pomoże ci w rozszyfrowaniu tego, co czuje inny człowiek? Czy wykształci twój charakter na tyle, iż będziesz nieugięty w jakiś negocjacjach? Racja, inni się o tym uczą, ale już w szkole wyższej. Co ci po liceum?
    Gdybyś postawił się w sytuacji jednego z moich bohaterów, stanął przed sytuacją, w której dziewczyna, będąca jednocześnie bliską mu osobą, zostanie skrzywdzona na tyle, by obawiać się wyjść z domu choćby na pięć minut? Potrafiłbyś ją pocieszyć, wiedząc o tym, co przeszła? Że jeden wieczór zmienił jej życie w piekło? Umiałbyś tak dobierać słowa, żeby nie zranić jej choćby najkrótszym wyrazem, czy też gestem? Co daje ci nauka w szkole? Czego cię uczą, skoro nie potrafisz z taką łatwością poradzić sobie ze złamaną duszą przyjaciela? Przecież umiesz obliczyć kąt padania cienia jakiegoś tam drzewa, a nie wiesz, w jaki sposób rozmawiać ze zgwałconą dziewczyną?
    Możesz się ze mną kłócić, że nauczono cię etyki, czy czego tam tylko chcesz, ale, czy z taką łatwością, z jaką znajdujesz argumenty, by wyrazić swoją niechęć do mojej teorii, będziesz umiał ocenić, kiedy twój najbliższy przyjaciel popadnie w depresję albo będzie na skraju załamania nerwowego? Albo, kiedy jego mózg przestanie rozsądnie myśleć i jedynym wyjściem będzie samobójstwo? Pomyślałeś o tym? Przecież szkoła nas uczy i wszystko będzie nam potrzebne w dorosłym życiu!
    Zapamiętaj jednak, że czasami ludzie okłamują innych. Zapamiętaj, że niekiedy kłamstwo jest najlepszym wyjściem ze wszystkiego. Zapamiętaj, że są chwile, gdy musisz kogoś oszukać, by przeżyć. Proszę cię tylko o jedno: zastanów się, czy potrafiłbyś pomóc takiej Eleanor Calder? Czy potrafiłbyś przebywać w jej towarzystwie bez niezręcznej ciszy?
   
    Od kilku dni Niall chodził jak zahipnotyzowany. Choćby najmniejszy ruch sprawiał, że serce zaczynało mu szybciej bić, a przed oczami stawał mu obraz zmaltretowanej Eleanor. Ile razy powtarzałby sobie, że to już minęło; ile razy próbowałby wymazać z pamięci krew spływającą po policzkach brunetki; jej łzy, płacz - wszystko do niego wracało. Nie dość, że nie potrafił poradzić sobie z tymi scenami, to na dodatek złego nie dostawał od niej żadnych wiadomości. Jedynym źródłem, które dostarczał mu jakiekolwiek informacje był Louis. Szatyn naprawdę zaangażował się w to wszystko. Niall, czasami nawet zastanawiał się, co kierowało jego przyjacielem, ale natychmiast zdawał sobie sprawę z tego, iż piłkarza łączy jakaś więź z Calder; najpewniej nie miłość. Po prostu opiekował się młodszą przyjaciółką, a kochał Margaret. Właściwie, to Horan bardzo polubił tę dziewczynę. Stała się dla niego równie ważna, co inni przyjaciele. Sam też ją za taką uważał. Mała Louise także podbiła jego serce. Mimo tego, że strasznie przypominała mu Harry'ego, doskonale spędzało mu się z nią czas.
    Zimny i mocny wiatr już od trzech dni nie chciał opuścić stolicy Anglii. Narobił wielu szkód, jednak żadnych poważnych uszczerbków na życiu londyńczyków. Jak zawsze, odpowiednie służby poradziły sobie ze skutkami upartego żywiołu. Niall lubił spędzać takie dnie, jak ten, z daleka od zawieruch, nie tylko wywołanych przez pogodę, ale także tych sklepowych. Nadchodziły święta, więc co drugi mieszkaniec miasta chodził po galeriach, w poszukiwaniu odpowiedniego prezentu dla swoich bliskich. Horan lubił ten okres świąteczny, jednak było coś, co nie dawało mu spokoju. Raczej ktoś.
    Sprawa Eleanor nie chciała opuścić jego głowy. W tych momentach, nie chodziło o to, co się wydarzyło w ten okropny dla niej wieczór, tylko o coś innego. Niall poczuł, że musi ją odwiedzić, mimo odmowy ze strony psycholożki Calder, o czym poinformował go Louis.
    Irlandczyk stał za ladą, wydając resztę jednemu z klientów. Obdarował go uśmiechem i rozejrzał się po lokalu. Pepper Mint przeszło metamorfozę za sprawą Perrie, oczywiście. Dziewczyna sprawiła, że kawiarnia poczuła tę magię świąt. Na każdym stoliku postawiła serwetki z nadrukowanym, świątecznym logo PM w towarzystwie wesołego bałwana, dodatkowo stawiając bordowe świeczki ze złotym brokatem, otoczone prawdziwymi, drobnymi gałązkami choinki. Coś w rodzaju małego stroika. Dodatkowo, na przodzie lady wisiały żółte lampki, które owinięte były wokół czerwono-złotego łańcucha. W rogu lokalu stała sztuczna choinka, jeszcze całkowicie nie ubrana, ponieważ to zawsze robili klienci Pepper Mint. Edwards wymyśliła, że to właśnie goście będą przynosić ozdoby świąteczne i ubiorą choinkę. Chociaż zaznaczyła, że jeśli ten pomysł się nie powiedzie - to oczywiście wynajdzie jakieś stare bombki, czy plastkowe śnieżynki ze strychu, jednak nie było to potrzebne. Świąteczne drzewko przyozdobione było w papierowe, małe choineczki, czy styropianowe bombki, które wykonały dzieci i dostarczyły do PM. Niall'owi bardzo sposobał się nowy wystrój choinki. Stwierdził, że dodawała ona uroku całemu lokalowi i nie była taka na pokaz, lecz od serca. Poza drzewkiem świątecznym, Perrie z pomocą blondyna powiesiła lampki na witrynie sklepowej, o ile tak można nazwać wielką szybę z widokiem na wnętrze kawiarni. Oczywiście szyba była na tyle ciemna, by tylko goście widzieli przechodniów, a oni ich nie (dopiero po dłuższym przyjrzeniu się i całkowitym zbliżeniu do okna).
    Edwards uśmiechnęła się ciepło do swojego szefa, stawiając gwiazdę betlejemską na ladzie. Dziewczyna naprawdę lubiła święta, a ozdabianie jej miejsca pracy wcale nie sprawiało, że czuła się gorsza. Otóż, wręcz przeciwnie. Przyczyniła się do świątecznej nutki magii w kawiarni.
    - Świetna robota, Perrie. Dziękuję ci. - Horan odwzajemnił uśmiech, choć całkowicie nie wiedział, w jaki sposób powinien jej podziękować.
    - Nie masz za co, Niall. Naprawdę teraz Pepper Mint wygląda o wiele lepiej. - stwierdziła szczerze blondynka.
    - Takiego pracownika to ze świecą szukać, Pezz. - odparł Niall - Przychodzisz praktycznie wtedy, kiedy cię o to proszę - zaczął wyliczać na palcach - zostajesz do późna, by zamknąć lokal, prawie sama ozdobiłaś to miejsce, klienci cię uwielbiają... Naprawdę jesteś wielka.
    Przemowa Horan'a sprawiła, iż policzki dziewczyny zapłonęły.
    - Dlatego mam dla ciebie pewną propozycję. - ponownie blondyn zabrał głos - Od stycznia przychodzi praktykant, którego trzeba będzie wprowadzić we wszystkie zasady i obowiązki, a sam sobie z tym nie poradzę. Potrzebuję kogoś na wzór... asystentki. - powiedział powoli - Pracujesz tutaj już około rok, prawda? - Perrie skinęła głową - Chciałabyś awansować na menadżerkę Pepper Mint?
    Błękitne oczy Edwards rozszerzyły się do granic możliwości. Była zaskoczona  propozycją jej szefa. Jakby na to nie spojrzeć, to wypełniała swoje obowiązki. Nie robiła praktycznie niczego, co pomogłoby mu podjąć taką decyzję.
    - Oczywiście wszelkie formalności zostaw mnie. Zostaje tylko kwestia tego, czy się zgadzasz.
   - Nie spodziewałam się tego, Niall. - uśmiechnęła się do niego ciepło dziewczyna - Musiałabym być skończoną idiotką, by odmówić takiego stanowiska!
    Usta Irlandczyka uniosły się ku górze. Pierwszy raz od długiego czasu uśmiechnął się szczerze, dzięki swojej pracownicy.
    - Cieszę się. Jesteś moim największym skarbem, Pezz. - zażartował blondyn.
    - Ciekawy dobór słów, szefie. - zaśmiała się Edwards.
    - Taa - mruknął Niall, drapiąc się po karku - Słuchaj, muszę wyjść na dwie lub trzy godziny. Poradzisz sobie?
    - Jasne.
   - Dzięki. - Horan zniknął w swoim gabinecie, po czym wyszedł z niego ubrany w kurtkę. Podszedł do Perrie i pocałował ją w policzek - Serio, gdyby nie ty, PM już dawno przestałoby istnieć.
    - Jeśli nie przestaniesz mi tak słodzić, to resztę ozdób sam sobie będziesz wieszał. - odpyskowała w jego stronę blondynka.
    Niall nie przestawał się uśmiechać.
    - Patrzcie to na nią. Od trzech minut jest menadżerką, a już mnie szantażuje. - mruknął pod nosem blondyn, a napotykając błękitne tęczówki Brytyjki, zrezygnował z dalszej rozmowy - Do zobaczenia.
   
Nie usłyszał już pożegnania ze strony Perrie, ponieważ opuścił swój lokal. Dając jej awans, chciał ją jakoś wspomóc. Nie było to bowiem tylko i wyłącznie jego współczucie z jego strony do sytuacji, w jakiej znajdowała się Edwards. Poniekąd orientował się, ile musi zarabiać jej narzeczony, a dotychczasowa pensja blondynki także nie była wysoka, więc w czasie nadchodzących świąt, Niall postanowił (fakt, że w kilka minut podjął tę decyzję), iż Perrie będzie menadżerką PM.   
    W drodze do mieszkania Margaret, Niall zaszedł do sklepu spożywczego, aby zakupić w nim czekoladę dla Louise oraz bombonierkę dla Eleanor. Dla Mer wybrał czerwone wino.
    Nim jednak dotarł do Padolsky, postanowił do niej zatelefonować, aby nie wyjść na kogoś, kto się wprasza bez wiedzy. Wyjął telefon z kieszeni swoich spodni, przenosząc reklamówkę z zakupami do drugiej ręki i znalazł numer do brunetki.
    - Hej, Niall. - usłyszał po drugiej stronie.   
    - Cześć, Mer. Jesteś w domu? To znaczy, chciałbym wpaść na chwilę, sprawdzić, co u Eleanor. Jeśli ci to nie przeszkadza.
    - Żartujesz sobie? Zawsze jesteś u mnie mile widziany, Niall. - odpowiedziała na jego dość chaotyczną wypowiedź - Powiedz tylko, za ile będziesz.
    - Do 10 minut, tak myślę. - odparł blondyn, kierując się powoli w stronę ulicy, na której znajdowało się mieszkanie Padolsky.
    - Okej, to do zobaczenia. - Horan powiedział krótkie "pa" i się rozłączył.
    Cieszył się tym, że Margaret tak pozytywnie przyjęła jego chęć odwiedzenia jej, czy też Calder, na jedno wychodziło.

    Dokładnie o 14, Niall stanął przed drzwiami od mieszkania Mer i zapukał. Otworzyła mu Padolsky ubrana w białą, elegancką koszulkę oraz czarne jeansy i zaprosiła go do środka. Horan doszedł do wniosku, iż brunetka musiała właśnie wrócić z pracy, ponieważ była ubrana bardzo szykownie.
    Chłopak wręczył dziewczynie butelkę wina, którą przyjęła z uśmiechem, choć zaznaczyła, że nie musi niczego kupować, kiedy przychodzi do niej w odwiedziny.
    - Jak w pracy? - zapytał blondyn, gdy powiesił swoją kurtkę na wieszaku w przedpokoju.
    - Dobrze. Mamy teraz urywanie głowy, bo jakiś biznesman zrezygnował z rezerwacji, a miał wynająć pokój do końca tego roku.. z resztą, nie ważne. Opowiadaj lepiej, co tam u ciebie? -  uśmiechnęła się do niego Mer, stawiając wodę na herbatę.
    Niall położył czekoladę na wysepce, przy której się znajdowali.
    - Świątecznie. - odwzajemnił uśmiech - Pepper Mint przeszło metamorfozę, więc wiesz. - wzruszył ramionami, po czym wskazał na słodycz. - Dasz Louise ode mnie?
    - Ach, to będę musiała zajrzeć tam w najbliższym czasie. - Mer naprawdę lubiła rozmowy z tym chłopakiem - Okej.
    - A co z El? - Niall ściszył głos, aby tylko brunetka mogła go usłyszeć. Wiedział, że nie powinien tak się zachować, jednak wolał wiedzieć, co się dzieje, zanim palnie coś głupiego.
    Margaret postawiła na wysepce trzy kubki, po czym wrzuciła tam herbatę.
    - Z dnia na dzień trochę lepiej, ale i tak zmiana jest ledwo widoczna. - odpowiedziała recepcjonistka - Nie jest już taka zamknięta w sobie. Nie wiem, może ta terapia jej pomaga albo to, że zgłosiła to na policję.
    - Zrobiła to? - Padolsky, w odpowiedzi na jego pytanie skinęła głową - To już duży sukces, tak myślę. - Niall zmarszczył czoło.
    - Wiesz - Mer zalała herbatę gorącą wodą - rozmawiałam z nią o tym, zanim podjęła decyzję. Nie było łatwo, bo nie ufała mi w stu procentach, chyba.. Sama nie wiem.
    - Bardzo dużo dla niej zrobiłaś, Mer. - zauważył Irlandczyk - Przyjęłaś ją do siebie, pomagasz jej i wspierasz. I nie przeszkadza ci to, że kiedyś była dziewczyną Louis'a. Masz wielkie serce.
    Padolsky uśmiechnęła się ciepło do blondyna, po czym posłodziła trochę herbatę.
    -  Po prostu nie oceniam ludzi, Niall. - podała mu czerwony kubek, a gdy chłopak objął go dłońmi, przesunęła w jego stronę ten zielony - Chodź.
    Przeszli przez korytarzyk, a gdy znaleźli się przy białych drzwiach, Mer zapukała w nie. Usłyszeli ciche "proszę", więc brunetka złapała za klamkę i weszli do środka.
    - Eleanor, masz gościa. - Margaret uśmiechnęła się do brunetki.
    Calder siedziała, po turecku, na swoim tymczasowym łóżku z książką przed sobą. Gdy usłyszała słowa Padolsky, uniosła swój wzrok i ujrzała przed sobą drobną sylwetkę Mer oraz trochę wyższego od niej blondyna z chaotycznie ułożoną fryzurą i błękitnymi oczami, które wpatrywały się w nią z zaciekawieniem. Powinna poczuć pewnego rodzaju niepokój, jednak nic takiego nie nastąpiło. Uśmiechnęła się delikatnie do swojego gościa.
    - Zostawię was. - Margaret opuściła pomieszczenie.
    Przez chwilę, po wyjściu Padolsky, panowała niezręczna cisza. Niezręczna dla Irlandczyka, ponieważ Eleanor wcale nie odczuwała jej w ten sposób. Lubiła ciszę.
    - Hej. - blondyn uśmiechnął się delikatnie do brunetki - Przyniosłem ci herbatę. - podszedł do niej i podał jej zielony kubek, który przyjęła z pewnym wahaniem. Tym razem sama siebie nie rozumiała. Przecież nie bała się Niall'a. A może?
    - Dziękuję. -  odpowiedziała  cicho dziewczyna, zatapiając usta w gorącym napoju, który rozlewając się po jej gardle, rozgrzał ją od środka. - Usiądź.
    Eleanor sama nie wiedziała, dlaczego to powiedziała. Słowa same cisnęły się jej na usta. Zwłaszcza w towarzystwie Niall'a. Horan zrobił tak jak powiedziała jego towarzyszka i przysiadł na krańcu łóżka, utrzymując pewną odległość między nimi, za co El była mu w duchu wdzięczna.
    - Jak się trzymasz? - zapytał blondyn, starając się brzmieć pewnie i nie okazywać żadnego wahania.
    - Jest lepiej. - bąknęła dziewczyna - Co u ciebie?
    - Po staremu. - odpowiedział, zerkając na nią kątem oka. Naprawdę nie mógł uwierzyć, że ta cudowna osoba mogła przejść takie piekło. Jej piwne tęczówki patrzyły na niego z nieukrywanym zaskoczeniem. - Słyszałem, że zgłosiłaś gwałt policji.
    Tylko to jedno słowo wystarczyło, by te cudowne tęczówki wyłączyły całkowicie dostęp do siebie. Eleanor spuściła głowę, przymykając oczy i oddychając szybko. Starała się unormować swój oddech, jednak nie potrafiła. Niall siedział w miejscu i analizował to, co powiedział. Zrobiło mu się strasznie głupio.
    - Cholera, El. Przepraszam, nie chciałem... - chciał dotknąć jej ramienia, by jakoś ją podnieść na duchu, jednak zrezygnował z tego pomysłu w ostatniej chwili. Czytał sporo artykułów na temat gwałtów i wszystkie ich ofiary relacjonowały, że bały się dotyku chłopaka po tym, co im się stało. - Przepraszam. - wyszeptał ze skruchą blondyn.
    Calder pociągnęła nosem, po czym podniosła głowę do góry, aby móc spojrzeć w przerażone tęczówki swojego towarzysza.
    - To ja cię przepraszam, Niall. - szepnęła - Nadal nie mogę poradzić sobie z reakcjami na pewne słowa.
    Horan uśmiechnął się ciepło, co brunetka postarała się odwzajemnić.
    - Ja nie powinienem był tego mówić wprost. Wybacz. - mruknął jeszcze chłopak, zanim Eleanor wysunęła swoją dłoń w jego stronę i dotknęła jego ręki. Niall poczuł przyjemny dreszcz, który przeszedł go od miejsca, w którym czuł dotyk dziewczyny aż do kręgosłupa.
    - W porządku. - tym razem głos Calder był nieco pewniejszy siebie.
    Jednak nie dane było Niall'owi zbyt długo napawać się dotykiem Eleanor, ponieważ cofnęła swoją dłoń i spuściła wzrok.
    - Brat Mer przyjechał tu wczoraj i rozmawiałam z nim. - odpowiedziała na zadane wcześniej pytanie Niall'a. - Powiedział, że zrobi wszystko, by... - zamilkła na chwilę, po czym kontynuowała - ... trafił do więzienia.
    - Cieszę się, że to zrobiłaś, El. - odparł cicho blondyn - Wiesz, że nie zostawimy cię z tym samej, prawda? - dziewczyna powoli skinęła głową - Och, zapomniałbym! Zaczekaj.
    Niall zerwał się z miejsca i wyszedł z jej pokoju, po czym, po dosłownie dwudziestu sekundach wrócił z granatowym opakowaniem bombonierki.
    - Dla ciebie. - wręczył jej kwadratowe pudełeczko.
    Eleanor wzięła to od niego, po czym uśmiechnęła się.
    - Nie musiałeś, Niall. Naprawdę.
    - Ale chciałem. - odpowiedział chłopak.

    Margaret odebrała telefon od swojego brata, który nalegał, aby się spotkali. Dziewczyna nie mogła mu odmówić. W końcu byli rodzeństwem. Fakt, nie rozmawiali ze sobą zbyt często, jednak to wcale nie oznaczało, iż miałaby nie odnowić z nim kontaktów, zwłaszcza, że chciała, aby bliżej poznał jej córkę.
    Swoją elegancką koszulkę zamieniła na czerwony sweterek, a zamiast szpilek założyła brązowe botki na płaskiej podeszwie. Owinęła szary szalik wokół szyi, na ramiona ubrała swój płaszcz i chwyciła kluczyki od swojego Mini Cooper'a. Jednak w momencie, kiedy chciała wyjść z domu, przypomniała sobie, że powinna jakoś powiadomić Eleanor o tym, iż wychodzi, więc poszła do jej pokoju. Nim weszła, zapukała, a gdy usłyszała ciche "proszę", otworzyła drzwi. Ujrzała dwójkę, uśmiechniętych przyjaciół, którzy wyglądali na naprawdę szczęśliwych. I gdyby nie to, iż Mer znała historię Calder, powiedziałaby, że dziewczyna ma idealne życie.
    - Jadę po Louise do szkoły.. Powinnam wrócić za godzinę lub dwie. - powiedziała, patrząc w piwne tęczówki Eleanor. Nie widziała w nich zagubienia, tylko coś na wzór... radości - Niall... - zwróciła się do blondyna, jednak gdy ujrzała jak jego ciało spada z łóżka, z powodu śmiechu, ponownie spojrzała na brunetkę - El, zajmiesz się Niall'em?
    Jej uwaga sprawiła, iż usta ekspedientki rozszerzyły się w uśmiechu.
    - Oczywiście, Mer. - zachichotała brunetka - Postaram się.
    - Dzięki. Trzymajcie się. - Padolsky wolała się zmyć niż być świadkiem jeszcze gorszych wygłupów Horan'a. Choć przypuszczała, że Niall robi to specjalnie, aby rozbawić Eleanor, to musiała przyznać, iż pomysły miał na poziomie ośmiolatka.
    Droga, jaką pokonała do szkoły swojej córki upłynęła przyjemnie, a ponieważ dzwonek jeszcze nie dzwonił, postanowiła zadzwonić do swojego chłopaka. Wyjęła komórkę z torebki i, siedząc w swoim samochodzie, wystukała numer do Louis'a, który znała już na pamięć. Musiała przyznać, iż chłopak sprawiał, że zapominała o problemach, jakie kiedykolwiek się pojawiały.
    - Hej, Maggie. - uśmiechnęła się mimowolnie do siebie, gdy usłyszała głos piłkarza po drugiej stronie - Już się za mną stęskniłaś?
    - Nawet nie wiesz jak bardzo. - odpowiedziała Margaret.
    - I to tyle? - zaśmiał się szatyn, a brunetka wywróciła oczami.
    - To już nie mogę zadzwonić do swojego chłopaka po to, by mu powiedzieć, że tęsknię? - Mer nie chciała, by zabrzmiało to oskarżycielsko.
    - Jasne, że możesz. Tylko... em, właśnie przyszedł lekarz i nie za bardzo wiem, co mam mu powiedzieć. - Louis ściszył głos.
    - Louis Tomlinson nie wie, co powiedzieć? A to dziwne. - zaśmiała się brunetka.
    - Zabawne. - skwitował chłopak - Mer, naprawdę muszę już kończyć. Porozmawiamy wieczorem, okej?
    - Okej. - mruknęła do telefonu - Kocham cię.
    - Ja ciebie bardziej. Do zobaczenia później. - po tych słowach chłopak się rozłączył, a Margaret schowała swoją komórkę do torby.
    Recepcjonistka spojrzała na wejście do szkoły i ujrzała swoją córkę, która rozmawiała z jakimś mężczyzną. Był on może w wieku Harry'ego albo młodszy. W każdym razie zaniepokoiła się, ponieważ nigdy nie widziała go na terenie szkoły. Pomyślała przez chwilę, że mógłby być to nowy nauczyciel, jednak Lu powiedziałaby jej o tym.
    Odpięła swój pas i wyciągnęła kluczyki z samochodu. Wyszła z pojazdu i skierowała się do Louise, która właśnie zmierzała w jej stronę.
    - Z kim rozmawiałaś? - zainteresowała się brunetka.
    - Z Ashton'em. - odpowiedziała krótko dziewczynka, patrząc na swoją mamę.
  
  Margaret odwróciła się jeszcze w stronę, gdzie stał poprzednio nieznajomy. Miała nadzieję, iż ten już sobie poszedł, jednak intuicja źle jej podpowiedziała. Chłopak nadal tam stał i wpatrywał się w nią, paląc papierosa. Gdyby nie Zayn Malik, który podszedł do mężczyzny i powiedział mu, aby opuścił teren szkoły, gdyż przy dzieciach nie wolno palić, Mer miałaby obawy, iż typ mógłby do niej podejść i zagrozić śmiercią. Tak, zbyt wiele czytała kryminałów.
    Kiedy napotkała spojrzenie Malik'a, nauczyciel skinął jej głową, a ona zrobiła to samo. Nadal była mu wdzięczna za to, iż przyczynił się, a praktycznie odnalazł jej córkę.
    Właśnie, Louise. - przypomniała sobie Padolsky.
    - Znasz tego Ashton'a? - zapytała się brunetka swojego dziecka.
    Dziewczynka pokręciła przecząco głową.
    - Powiedział, że jest znajomym Eleanor i taty. - odparła Lu.
    Gdy jej córka weszła do samochodu, Mer odwróciła się w jej stronę, z miejsca kierowcy i spojrzała w zielone tęczówki dziecka.
    - Louise, mówiłam ci wiele razy, abyś nie rozmawiała z obcymi. Choćby nie wiem, kogo byliby znajomymi, nie wiadomo co chcieliby ci dać. To nadal są obcy ludzie dla ciebie. - Margaret starała się przybrać spokojną barwę głosu, jednak w środku była kłębkiem nerwów.
    W obecnej sytuacji, musiała być czujna, ponieważ Bennett mógł w końcu wpaść na to, że Harry ma córkę i wtedy byłaby w niebezpieczeństwie.
    - Przepraszam, mamo. - mruknęła dziewczynka - Już więcej nie będę z nim rozmawiać.
    - Nie pierwszy raz go widziałaś? - zainteresowała się brunetka.
    - W zeszłym tygodniu też przyszedł.
    To dało Margaret do myślenia. Louise była w niebezpieczeństwie, to było pewne.
    - Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś? Lu, musisz mi mówić takie rzeczy!
    - Przepraszam. - bąknęło dziecko, zapinając pasy bezpieczeństwa.
    Mer westchnęła.
    - Obiecaj mi, że jeśli kiedykolwiek, Ashton, czy ktoś inny cię zaczepi, powiesz mi o tym.
    - Obiecuję. - szepnęła siedmiolatka, a Padolsky odpaliła silnik i dołączyła do ruchu drogowego.



Nie chciałam dodawać nowego  wątku, ponieważ doszłam do wniosku, że rozdział chyba i tak jest długi, prawda?
W kolejnym wpisie pojawi się Harry i Blair, to mogę wam obiecać:)
+ dzisiaj bez zdjęć, gdyż nie było praktycznie Loumer, więc po co? Dodam przy następnym rozdziale.xx

czwartek, 26 grudnia 2013

Rozdział Dwudziesty Piąty

AUTORKA: Nie sądziłam, że spotkam się z taką  opinią, że początek, to wprowadzenie w poprzednim rozdziale, w perspektywie Harry'ego tak bardzo Wam się spodoba. Sama napisałam to z mieszanymi uczuciami. Jak dla mnie to było nudne, ale to moje zdanie. Wasze jest ważniejsze ;*
Wiem, że od tygodni pisze, że w końcu napiszę coś na MTF (tu już dodałam) czy Angles. Zawiodłam nie tylko was, ale przede wszystkim siebie. Oczywiście, mam wyrzuty sumienia, ponieważ Asi (czyt @Irydaa) zależy bardzo na tym ff, a ja je tak olewam. Przepraszam cię, skarbie.Moim postanowieniem noworocznym będzie większa organizacja mojego czasu i pisanie na czas.
Jak nigdy, pisałam to przy piosenkach Ariany Grande. Ostatnio jej utwory mnie inspirują. Bynajmniej Zerrie pisałam przy jej muzyce.
Kolejny rozdział postaram się jeszcze dodać przed nowym rokiem, jednak niczego nie obiecuję.

PS Zakochałam się w trylogii Igrzysk Śmierci


      Londyn, 2013
    Wiecie, czego chciał Piotruś Pan? Chciał być młody. Już na zawsze. No, bo kto by nie chciał być dzieckiem przez całe życie? Zero zmartwień, problemów - po prostu: wieczna zabawa. Ktoś mógłby powiedzieć, że w byciu nastolatkiem jest coś, co sprawiłoby, iż mogłabyś już nigdy nie dorastać. Jednak co takiego wspaniałego jest w tych wahaniach nastrojów, codziennym znudzeniem, brakiem czasu dla siebie, ciągłych imprezach? Albo brakiem zrozumienia ze strony rodziców, wiecznych kłótni, wywołanych błahą rzeczą? Powiesz, że to konflikt pokoleń: taki, który zawsze był, jest i będzie, ale czasem, po prostu, są ludzie, którzy naprawdę przesadzają i mają w dupie wychowanie swoich dzieci, więc wywołują awantury.
    Mogłabym jeszcze więcej pisać o problemach nastolatków i marzeniu byciu wiecznie młodym, jednak to do niczego nie prowadzi, ponieważ życie idzie dalej i właśnie ty musisz dostosować się do niego albo budować tak jak chcesz. Wszystko, zawsze, zależy od ciebie i podjętych przez ciebie decyzji. Czy to złych, czy dobrych. Nie jest to ważne. Musisz żyć, by zdobyć doświadczenie i szacunek innych. Musisz żyć i pokazać innym, że jesteś silna, by cokolwiek zmienić...
    Zayn był jedną z tych osób, które starały się dążyć do swoich celów. Nie robił tego przez przysłowiowe trupy. Opracowywał staranny plan, obejmujący każdy jego krok. To nie było tak, że chodził wszędzie z kalendarzem i notował spotkania. Nie. Był zorganizowanym człowiekiem. Gdy coś poszło nie po jego myśli, to oczywiście, że był rozczarowany, jednak nie tłumił w sobie tej emocji. Wolał powiedzieć, co tak naprawdę mu leży na sercu (w granicach rozsądku) niż nie spać po nocach, zachodząc w głowę, dlaczego czegoś nie zrobił.
    Dyrektor szkoły podstawowej zatwierdził przedstawienie, które zaproponował Malik, co przyjął z wielkim uśmiechem. Bardzo mu zależało na wystawieniu tego spektaklu. Do pomocy dołączyło się prawie całe grono nauczycielskie, angażując w to także swoich uczniów. Dzieciaki były szczęśliwe, kiedy oznajmiono, iż odbędzie się casting na główne role.
    Mulat nadzorował wszystko, jednak sam wykonywał bardzo dużo rzeczy, niemalże na raz. Prowadził lekcję języka angielskiego, a w międzyczasie zastanawiał się nad tym, skąd wziąć pieniądze na sfinansowanie kostiumów i atrybutów dla uczniów. To były jego ostatnie zajęcia. Gdy zadzwonił dzwonek, piątoklasiści opuścili salę, a Zayn zaczął pakować swoje rzeczy. Casting miał się odbyć następnego dnia, a w jury miał usiąść on, wicedyrektor, Danielle oraz bibliotekarka. Sam nie czuł się na siłach, by powiedzieć któremuś ze swoich uczniów: nie pasujesz do tej roli. Przykro mi. Przecież najstarsi z nich mieli co najwyżej trzynaście lat! Już nie wspominając o tych siedmio, czy ośmioletnich. Obawiał się trochę tego.
    - O, Zayn. Jesteś jeszcze. - do sali weszła Peazer, trzymając w dłoniach pudło. - Mam co nieco na twoje przedstawienie.
    - Danielle - jęknął mulat, podchodząc do nauczycielki - miałaś nie dźwigać. - pomógł jej położyć karton na ławce.
     - Ech, to nie było ciężkie. - odparła uśmiechnięta brunetka, po czym przeszła do rzeczy - Tutaj masz parę szmatek, które mogą się przydać. No wiesz, na kostiumy, czy coś.
    Chłopak posłał jej przyjazny uśmiech.
    - Dziękuję, Dani. - przeniósł pudełko za swoje biurko, a następnie wziął plecak i dziennik. Oboje wyszli z sali, kierując się do pokoju nauczycielskiego. - Muszę wykombinować sponsora na to wszystko. - mruknął Malik, a Payne uśmiechnęła się promiennie - Nie chcę, aby twój mąż fundował nam spektakl. Wystarczająco dużo robicie dla szkoły.
    - No weź! Jesteśmy z Liam'em otwarci na pomoc innym, Zayn. - Danielle obstawała przy swojej niewypowiedzianej propozycji.
    Nauczyciel przystanął przed gazetką szkolną i spojrzał na koleżankę z pracy.
    - Doceniam to, co chcesz zrobić, ale za pół roku będziecie rodzicami.
    - To nie zmienia niczego w mojej decyzji. - broniła swojego zdania dziewczyna, jednak pod intensywnym spojrzeniem piwnych tęczówek swojego towarzysza, zrezygnowała z dalszej dyskusji - Okej, panie niezależny! - wyrzuciła teatralnie ręce w górę - Nie będę o nic prosić Liam'a, ale jeśli już uda ci się znaleźć jakiegoś sponsora na kostiumy, to pomogę je uszyć.
    - Dziękuję i z wielką chęcią przyjmę cię na pokład, Danielle. - mulat uśmiechnął się do Payne i oboje weszli do pokoju nauczycielskiego, gdzie, Zayn, założył na siebie kurtkę i szalik, a Dans płaszczyk i czapkę oraz szal. Razem także wyszli ze szkoły.
    Ku ich zdziwieniu, z nieba zaczął prószyć pierwszy śnieg. Drobne płatki śniegu spadały leniwie z chmur, dodając tej świątecznej atmosfery. Nie było zaskoczeniem, że Wigilia nadchodziła wielkimi krokami. Trzy tygodnie - tyle ich dzieliło od Bożego Narodzenia.
    - Twoja narzeczona. - Peazer dźgnęła swojego towarzysza w ramię, pokazując na sylwetkę ukochanej Malik'a. Jednak, nim Dani zdążyła odejść od bruneta, dołączyła do nich drobna blondynka, z beżową czapką na głowie.
    - Cześć, Zaynee. - pocałowała swojego narzeczonego przelotnie w usta, po czym spojrzała na jego towarzyszkę. Wyciągnęła w jej stronę dłoń, uśmiechając się przyjaźnie. - Perrie Edwards.
    - Danielle Peazer-Payne - uścisnęła jej rękę i odwzajemniła uśmiech - Miło mi jest cię w końcu poznać, Perrie. Zayn dużo mi o tobie mówił.
    - O tobie też wiele razy wspominał. Praktycznie żyje cały czas szkołą i tym przedstawieniem. To jest czasem takie irytujące.
    Malik odchrząknął.
    - Ja cię słyszę, skarbie. - odparł, a blondynka wywróciła teatralnie oczami.   
    - Trudno jest cię nie przeoczyć, kochanie. - uśmiechnęła się promiennie do niego. - Danielle, słyszałam, że spodziewasz się dziecka. Jak się trzymasz?
    Nauczycielka jakby instynktownie, dotknęła swojego brzucha.
    - Bardzo dobrze, dziękuję. - odpowiedziała, przenosząc wzrok na Perrie - Mój mąż już się nie może doczekać przyjścia na świat małego Josh'a.
    - Chłopiec? - zapytała podekscytowana blondynka.   
    - Nie wiem. Mam takie przeczucie, jednak nie chcemy jeszcze znać płci dziecka.
    - Taka niespodzianka. - uśmiechnęła się blondynka, a Zayn jej przytaknął.
    - Dokładnie. - odwzajemniła gest nauczycielka - A wy? Planujecie powiększenie rodziny?
    Edwards zamilkła. Przez krótki moment miała ochotę wybuchnąć płaczem, jednak od razu doprowadziła się mentalnie do porządku. Nie mogła ukazywać słabości, z jaką musieli wraz z Zayn'em walczyć. Właściwie to twarz jej narzeczonego nie wskazywała niczego konkretnego. Chłopak wpatrywał się w jeden punkt za Danielle, byle tylko nie spojrzeć w oczy swojej koleżance.
    To nie było tak, że obwiniał ją w jakikolwiek sposób, że w ogóle zapytała. Przecież każdy mógł to zrobić.W końcu Zayn był z Perrie bardzo długo i gdyby nie brak pieniędzy, to już dawno byliby małżeństwem. Ponadto, nie mieliby problemów z zaadoptowaniem dziecka ani z dostarczeniem mu jakichkolwiek dóbr.
    Uważne spojrzenie Peazer zelżało, gdy mulat podjął się odpowiedzi, domyślając się, iż głos jego ukochanej będzie drżał, przez co naraziłaby się na niekomfortowe pytania ze strony nauczycielki.
    - Najpierw chcemy się pobrać. - uśmiechnął się blado do Danielle - Rodzice Perrie są bardzo religijni.    
    Poniekąd miał rację, ponieważ tak było. To znaczy, rodzice Edwards chodzili do kościoła i obchodzili święta, jednak nie przykładali aż takiej uwagi na temat czystości przedmałżeńskiej, czy jakoś tak.
    - Och, rozumiem. - odparła Payne, a po chwili usłyszała klakson czarnego audi, w którym czekał na nią Liam. Dziewczyna zwróciła się do Zayn'a - Będę już szła, bo  mój mąż na mnie czeka. - następne słowa wypowiedziała do Pezz - Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy, Perrie. Do zobaczenia.
    - Ja też, Danielle. Do widzenia.
    Peazer zeszła po schodkach i skierowała się do auta, po czym pojazd odjechał.
    Zayn i Perrie stali jeszcze przez chwilę przed budynkiem szkolnym, dopóki nie zaczęło mocniej wiać. Wtuleni w siebie, w milczeniu, przemierzyli drogę, jaka ich dzieliła do samochodu. Zajęli w nim miejsce; Perrie na miejscu pasażera, gdyż nie czuła się już na siłach, by prowadzić.
    Malik odpalił silnik i wyjechał ze szkolnego parkingu.
    - Nie oszukujmy się. Nigdy nie będziemy mieć dziecka. - mruknął, jakby do siebie mulat, jednak na jego nieszczęście, Perrie to usłyszała.
    - Nawet tak nie mów. - błękitne tęczówki przyglądały mu się z nieukrywaną  urazą - Musimy w to wierzyć. Musimy wierzyć, że nam się uda, Zayn.   
    - Perrie, wiara tutaj w niczym nie pomoże.
    Słowa Malik'a wisiały w powietrzu. Kiedy samochód stanął na światłach, brunet odwrócił się w stronę swojej ukochanej.
    - Pezz, przepraszam. - złapał ją za dłoń - Naprawdę chciałbym, abyś była szczęśliwa i-
    - Jestem szczęśliwa! - przerwała mu blondynka - Jestem cholernie szczęśliwa, bo mam ciebie, Zayn. Mimo tego, że nie jesteśmy jakoś szczególnie bogaci, mamy siebie i to jest najważniejsze.
    - Czasem wolałbym mieć te pieniądze. - mruknął, po raz kolejny, pod nosem chłopak.
    Perrie przyjrzała mu się uważniej.
    - Pieniądze można zarobić, a prawdziwej miłości nie znajdziesz na ulicy. - szepnęła dziewczyna - Naprawdę jestem szczęśliwa, Zayn.
    Gdyby nie fakt, iż Malik musiał jechać za sznurem aut przed nim, z pewnością, para wpatrywałaby się w siebie z czułością.
    - Nigdy nie zamieniłbym ciebie na pieniądze. - odparł stanowczo brunet, a kąciki ust Edwards uniosły się ku górze.
    - Ani ja ciebie.


    Margaret siedziała w swojej sypialni z telefonem w dłoni. Tego dnia miała wolne od pracy, więc zawiozła Louise do szkoły, a następnie kupiła świeże pieczywo i wróciła do swojego mieszkania. Eleanor, pod namową Mer i Louis'a została jeszcze u Padolsky. Według recepcjonistki, dziewczyna powinna  mieszkać u niej do chwili, w której jej młodszy brat - Robert Padolsky - nie przyjdzie wysłuchać tego, co Calder miała do powiedzenia.
    Właśnie dlatego Mer wpatrywała się w wyświetlacz swojej komórki. Biła się z myślami, czy zadzwonić do Rob'a, czy też nie. Obiecała to Eleanor, jednak ostatni raz, rozmawiała ze swoim bratem, jeszcze zanim poznała Louis'a, a od tamtego momentu minęło sporo czasu. Prawie trzy miesiące. Nie wiedziała, co teraz robi, gdzie mieszka, czy ma dziewczynę... Po prostu go olała.
    - Raz się żyje.. - szepnęła do siebie, w przypływie pewności siebie i nacisnęła zieloną słuchawkę, by połączyć się z bratem. Jednak, gdy usłyszała pierwszy sygnał, spanikowała i chciała się rozłączyć. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że Robert odebrał - Hej, tu Margaret. - mruknęła ledwo zrozumiale.
    - Cześć. Coś się stało, że dzwonisz? - zapytał  się chłopak. Nie usłyszała w jego głosie zaskoczenia, ani pogardy. Był to stary ton jej młodszego braciszka.
   - Co? Nie.. nie do końca. - brunetka nie chciała go okłamywać - Jesteś w domu? To znaczy, w Doncaster?
    - Chwilowo w Londynie. - jego odpowiedź sprawiła, że serce Mer zaczęło szybciej bić - Mar, nie  dzwonisz do mnie zbyt często, a jak już, to coś się dzieje, więc mów.
    Brunetka przełknęła ślinę, czując, że do gardła podchodzi jej irytująca gula.
    - Przyjaciółka mojego chłopaka... - zawahała się na chwilę - chciałaby zgłosić pewną sprawę policji, jednak obawia się swojego, em, napastnika.
    - Została zgwałcona? - przerwał jej.
    - Skąd wiedziałeś? - Mer nie kryła zaskoczenia.
    - Zazwyczaj tak jest. Ofiary gwałtu boją się pójść z tym do służb. - wytłumaczył krótko - Mogę wpaść. Chyba, że wolisz, przyjechać na komendę...
    - Przyjedź. - odparła pewnie brunetka - Prześlę ci adres esemesem.
    - Więc do zobaczenia.
    Po tych słowach, Mer usłyszała tylko charakterystyczne pikanie, sygnalizujące zakończenie rozmowy. Odłożyła komórkę na szafkę nocną, zaraz po tym jak wystukała wiadomość do swojego brata z nazwą jej ulicy i numerem mieszkania. Jakby na to nie spojrzeć, to była zdenerwowana przed spotkaniem z Rob'em. Nie sądziła, że kiedykolwiek będzie się stresowała czymś takim. W końcu się w nim wychowywała!
    - Wszystko dobrze? - w progu stała Eleanor. Jej głos był słaby, a oczy podkrążone. Ubiór także zdradzał jej kiepskie samopoczucie; miała na sobie szary sweter, podobny do tego, który założyła, gdy opuszczała szpital, i ciemne leginsy. Brązowe włosy, niegdyś idealnie ułożone, związane były w nagannego koka, z którego kilka kosmyków zdołało się osunąć na jej drobną twarz.
    Margaret skinęła powoli głową, poprawiając swój zegarek na dłoni.
    - Rozmawiałam z moim bratem. - szepnęła, jednak widząc zdezorientowanie wymalowane na twarzy brunetki, dodała - Policjantem.
    Eleanor wzdrygnęła się, co nie uszło uwadze Padolsky.
   
- Przyjedzie jeszcze dzisiaj, tak myślę. - powiedziała powoli, obserwując swoją towarzyszkę.
    Calder pokiwała tylko głową na znak, iż zrozumiała słowa Mer i wycofała się z jej sypialni. Margaret, przez ostatnie trzy dni przyglądała się zachowaniu Eleanor i doszła do wniosku, że ta małomówność znika tylko wtedy, gdy brunetka zostaje zagadywana przez Louise. Ta siedmioletnia dziewczynka sprawia, iż El bardzo małymi kroczkami otwiera się przed jej nową sytuacją. Może nie dąży zaufaniem każdego człowieka w tym mieszkaniu, ale już nie zdaje się być taką zagubioną. Mer dostrzegła także, że przyjaciółka Louis'a nie wychodzi na podwórko. Ba, nawet do okien nie podchodziła! Odkąd wyszła ze szpitala, nie wyściubiła nosa na zewnątrz. Jakby się bała, iż z najmniejszego zakątka może wyskoczyć Troy i ją porwać, co wcale nie byłoby jej głupim wymysłem.
   
    Popołudnie w mieszkaniu Padolsky przebiegło spokojnie. Louis zaoferował się, że odbierze Louise ze szkoły, co pozwoliło Mer na przygotowanie obiadu, w którego skład wchodziła ryba oraz ziemniaki wraz z groszkiem i marchewką. Kiedyś jadała takie potrawy w domu.
    Równo z wybiciem godziny szesnastej, usiedli do stołu; Tomlinson, z trudem namówił Eleanor na zjedzenie czegokolwiek, jednak biorąc pod uwagę minę dziewczyny po spróbowaniu ryby, Mer mogła z czystym sercem stwierdzić, iż jej smakowało. Louise wypowiedziała podejrzenia swojej mamy na głos, utwierdzając ją w przekonaniu, że to jedno z najlepszych dań, jakie kiedykolwiek jej wyszły. Za to Louis doszedł do wniosku, iż Lulu przesadza i zaczął wymieniać potrawy, które były, według niego, bardzo dobre.
   
   Wyliczankę piłkarza przerwał dźwięk domofonu. Szatyn zamilkł w tym samym czasie, kiedy Mer wstała od stołu i poszła otworzyć swojemu bratu. Po chwili, otworzyła drzwi, a jej oczom ukazał się wyższy od niej chłopak o ciemnobrązowych włosach i takich samych oczach. Ciemniejsza karnacja, jakby opalona, nie wskazywała na to, by byli rodzeństwem. Miał na sobie brązową, skórzaną kurkę, ciemne jeansy oraz czarne wojskowe buty.
    - Hej - uśmiechnęła się blado do chłopaka - Wejdź.   
    Po tych słowach wszedł do mieszkania, a Mer zamknęła drzwi i omiotła spojrzeniem przedpokój, który prowadził do kuchni.
    - Co słychać? - zagadnęła.
    - Po staremu. - odpowiedział brunet - Słyszałem, że byłaś w Doncaster.
    - Tak, ale nie u mamy. Ona nadal mnie nienawidzi. - odparła.
    - Zdaję sobie z tego sprawę. - kąciki ust Padolsky'iego uniosły się ku górze - Więc teraz umawiasz się z piłkarzem, co?
    Margaret się zmieszała. Już wolałaby, aby Robert zaczął ją przesłuchiwać pod kątem zabójstwa niż jej życia prywatnego.   
    - Tak jakoś wyszło. - mruknęła w tym samym momencie, kiedy z kuchni wyszedł jej chłopak. - O, właśnie. Louis.
    Szatyn, z przyklejonym uśmiechem na ustach, podszedł do bruneta i uścisnęli sobie dłonie, jak za starych, dobrych czasów.
    - Robert Padolsky, jak miło jest cię w końcu widzeć. - Tomlinson zlustrował go wzrokiem - Nadal trzymasz formę.
    - Louis Tomlinson, sławny piłkarz i koleś, który uwiódł moją siostrę. - w głosie chłopaka nie można było usłyszeć jadu, tylko zabawną nutkę, co całkowicie zbiło Mer z pantałyku. - Wiesz, policjanci też muszą mieć dobrą kondycję.   
    Rozmawiali niczym starzy znajomi, a Margaret nie mogła wyjść z podziwu ich płynnej rozmowie, czego chyba najbardziej zazdrościła. Marzyła o tym, by móc jeszcze kiedyś rozmawiać z bratem w taki sposób, w jaki ten prowadził rozmowę z jej chłopakiem.
    W momencie, kiedy ich konwersacja zaczęła schodzić na bardziej poważniejsze tory, Mer doszła do wniosku, iż jest im tam zbyteczna, więc po prostu zaproponowała, aby przeszli do salonu, gdzie będą mogli dokończyć to małe przesłuchanie. Louis zaczął mu opowiadać o tym, czego się dowiedział o Troy'u Bennecie, a Mer wróciła do kuchni, gdzie zastała Eleanor pijącą herbatę.
    - Rozmawia z Lou. - szepnęła brunetka, po czym zwróciła się do córki - Louise, skarbie, odrobiłaś już lekcje?
    - Jestem w trakcie ich robienia, mamusiu. - zielonooka dziewczynka opuściła kuchnię, idąc do swojego pokoju.
    Margaret usiadła naprzeciwko Eleanor i obserwowała jej twarz. Nie raz, zastanawiała się, jakie katusze musi przechodzić, nie mając wokół siebie rodziny, która mogłaby jej wesprzeć, czy też kogoś, kto mógłby okazać jej odrobinę zrozumienia. Myślała nad tym, czy Calder miała, w ostatnim czasie kogoś, komu na niej zależało tak bardzo jak na przykład Louis'ie zależy na Mer.
    - Jak to jest... - zaczęła Eleanor, a Mer uniosła na nią swoje szare tęczówki - mieć wszystko? - Padolsky zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad pytaniem brunetki - Masz chłopaka, który nie widzi świata poza tobą, córkę, brata, pracę, przyjaciół.. Jak to jest?
    - Nie mam wszyskiego. - odpowiedziała - Z Robertem nie widziałam się bardzo długi czas, aż do dzisiaj. Moja matka nie chce mnie znać, ponieważ zaszłam w nieplanowaną ciążę z chłopakiem, którego praktycznie nie znałam. Praca zła nie jest, jednak bycie recepcjonistką nie było moim marzeniem. Jestem samotną matką, więc życia towarzyskiego nie prowadzę. Przyjaciół wielu nie mam. Praktycznie tylko Harry i Hannah, ewentualnie Niall.
    Gdy Eleanor usłyszała imię Irlandczyka, po jej ciele przeszedł dreszcz. Przypomniała sobie wieczór, spędzony w butiku. Gorący oddech Niall'a na jej szyi, delikatne pocałunki składane na jej ciele, to pożądanie w jego oczach... prąd, przeszywający ją, podczas dotyku jego dłoni na jej skórze.
    - Eleanor - przerwała jej rozmyślania Mer - mój brat jest dobrym policjantem. Pomoże ci.
    Calder nie dane było odpowiedzieć Padolsky, ponieważ w progu stanął brunet z notatnikiem w dłoni. Margaret wstała z krzesła i podeszła do niego. Spojrzała mu w oczy i już mogła wszystko z nich wyczytać. Był pewny siebie, jednak przykrywał to współczuciem.
    Dziewczyna zostawiła ich samych w kuchni, kierując się do swojej sypialni, gdzie jedynym czego by pragnęła to łóżko. Położyła się na materacu i odwróciła w stronę okna, tyłem do drzwi. Przymknęła powieki, a kiedy to zrobiła, przed oczami pojawił się obraz sprzed kilku lat. Impreza. Harry. Alkohol. Harry. Harry. Harry. Harry.
    Natychmiast poderwała się z miejsca, gdy postacie z jej wspomnienia przeniosły się do pokoju. Gdy otworzyła oczy, ujrzała obok siebie szatyna, który obracał w palcach mały kamyczek. Nie wiedziała, skąd go ma, ale widziała podobny na parapecie w kuchni.
    Kiedy Louis zorientował się, iż jego dziewczyna nie śpi, odłożył kamień pod poduszkę i spojrzał na Mer. Odgarnął kosmyki włosów z jej twarzy.
   
- Jak długo spałam? - Margaret ziewnęła przeciągle.
    - Dwie i pół godziny. - odpowiedział szatyn.
    - Naprawdę liczyłeś? - zainteresowała się brunetka.
    - Nie, strzelam. - uśmiechnął się chłopak, nie spuszczając ze wzroku tęczówek Mer.
    - Cholera, Robert. - w ułamku sekundy, twarz Margaret się spięła.
    - Spokojnie - powiedział kojącym głosem piłkarz - Powiedział, że zadzwoni do ciebie jutro. Rozmawiał z Eleanor i naprawdę jej historia bardzo wpłynęła na rozwój śledztwa, które prowadzi. - widząc zagubienie na twarzy brunetki, dodał - Wraz ze swoją asystentką, zostali delegowani do stolicy, by rozwiązać sprawę dilera narkotyków, który wyszedł z więzienia. Zgadnij kogo.
    - Bennett'a?
    - Dokładnie. Zeznania Eleanor dają więcej dowodów i gwarantują, że koleś pójdzie na długie lata do pierdla. Oczywiście, jeśli przedtem ja go nie dorwę.
    Margaret posłała mu wymowne spojrzenie, jednak nic nie powiedziała. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie mogła wpływać na decyzję swojego chłopaka. Choć nie, mogła, ale nie chciała. Ceniła sobie niezależność, nie tylko u siebie, ale także nie chciała ograniczać Louis'a.
    - Nie chciałabym odwiedzać cię w więzieniu. - mruknęła, przytulając się do swojego ukochanego.
    - Nie będziesz musiała. Nie zamierzam spędzić tam reszty swojego życia. - odpowiedział szatyn - To z tobą planuję je przeżyć.
    Mer uśmiechnęła się delikatnie, przysuwając się do piłkarza. Położyła głowę na klatce piersiowej chłopaka, a do jej nozdrzy dopiero wtedy doszedł zapach wody kolońskiej Lou. Jakby z opóźnieniem, przymknęła powieki i wsłuchała się w bicie jego serca. Dłoń Tommo gładziła jej plecy. Najwyraźniej był równie zmęczony, co ona, ponieważ z każdą kolejną sekundą jego ruchy stawały się coraz wolniejsze. Aż w końcu oboje zasnęli.




Przepraszam! Nie mogłam się powstrzymać z tym zdjęciem! Kocham je tak mocno, że jsvbsiuyfewy8fidsgfdyufgsiu *__* Taak, jestem chyba największą shipperką #Loumer.
+ mam jeszcze kilka takich zdjęć, więc...
(ja ich nie robiłam,tzn to nie mój photoshop)


czwartek, 12 grudnia 2013

Rozdział Dwudziesty Czwarty

 AUTORKA: Chyba odzyskałam wenę, ale nie chcę zapeszać. Pierwszą część pisałam w (nocy) niedzielę 8.12, a drugą 9.12 po szkole, więc mogą się różnić trochę... tak myślę. ha! Lubię bardziej perspektywę Harry'ego, ale końcówka Mer też mi sie podoba.
 W ogóle, to już 24 rozdział, a niedawno pamiętam jak pisałam o premierze tego opowiadania. Jak to od sierpnia szybko zleciało! Nie wiem, ile dokładnie jeszcze będzie rozdziałów. To zależy od ilości moich pomysłów do tego opowiadania :)
Nadal jestem do tyłu z paroma ff, ale w weekend postaram się nadrobić. Przepraszam.
w ogóle, zapomniałam dodać jednoparta we wtorek i właśnie sobie o tym przypomniałam. Oops.  W zamian macie rozdział. jutro
(piatek) mam sprawdzian z angielskiego, więc usiądę do jakiegokolwiek moje ff, czy też do tych blogów,gdzie jestem do tyłu, dopiero po szkole. obiecałam sobie, że poprawie wszystkie gorsze oceny, sooooł...
KOMENTUJCIE



     Londyn, 2013    
    Kiedy każdy plan zawodzi - chwytamy się choćby najsłabszej nadziei; najdrobniejszego punktu, który pomógłby nam na powrót uwierzyć w to, co robimy; w samych siebie. Każdy z nas ma jakieś słabości, które stara się ukryć za pomocą wyolbrzymienia swoich zalet. Jednak zazwyczaj zwycięża jedno: strach.
    Jedyne, co spowalnia nasz rozwój, to właśnie on; strach, czyli pierwotna, ludzka cecha mająca swoje źródło w instynktach przetrwania. Pokonać go jest ciężko. Tym, którym się to udało, mogą być z siebie dumni.
    Mężczyznom, chłopcom nie pozwalano ukazywać strachu. Gdy ta cecha ujrzała u nich światła dziennego, zostawali wyśmiani, bądź też zmieszani "z błotem". Dlatego większość rycerzy kierowała się honorem, starając się przezwyciężyć swój strach. Chcieli być odważnymi bohaterami, o których pamiętałyby dziesiątki, setki, tysiące potomków.
    XXI daje nam wiele możliwości. Strach nie jest już tak bardzo wychwytywany i likwidowany, czy też maskowany, w jakiś sposób. Dzisiaj, nie próbujemy go ukrywać. Wręcz przeciwnie. Jeśli się boisz - to znaczy, że naprawdę ci na czymś zależy. Więc, czy Harry'emu zależało bardziej na swoim, czy Eleanor, bezpieczeństwie? A może strach, jaki kumulował się w jego osobie, był tylko takim odczuciem, które chciało go w jakiś sposób przestrzec? Jednego był pewien: nie chciał mieszać w te stare sprawy swojej córki, ani jej matki. Chciał też uniknąć wplątywania w to Niall'a, czy Louis'a, jednak na to było już za późno. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego przyjaciele już tak łatwo nie odpuszczą. Przejęli się.
    Styles, uważał na wszystko, co robił. Nie chciał, by ktokolwiek dowiedział sięo jego dość ryzykownym pomyśle. Bowiem, jego priorytetem było odkrycie kryjówki Troy'a Bennett'a. Niby prosty, jednak mający tyle niedopracowanych szczegółów plan. Sam nie zastanawiał się głębiej nad tym, co mogłoby być dalej, gdyby jakimś cudem dowiedział się, gdzie przebywa diler. Co by to zmieniło? Z pewnością czułby, że jest krok przed Bennett'em i zwiększyłoby to szansę na to, żeby go udupić.
    Chłopak szedł Kings Road, główną ulicą zamożnej, londyńskiej dzielnicy - Chelsea. Wątpił w to, by Troy zamieszkiwał jakieś brudne i skromne mieszkanko. Twierdził, że skoro koleś miał swoich ludzi, to musiał też mieć spore konto w banku, jednak natychmiast zmienił tok myślenia, kiedy przypomniał sobie o tym, iż przestępcy nie mają kont w bankach, więc jedynym wytłumaczeniem była spora gotówka w sejfie albo stałe jej przypływy przy jakimś nielegalnym układzie. Nie drążył tematu głębiej, ponieważ nie po to chciał go odnaleźć. Chciał go wyprzedzić w tej grze. Chciał był jednym punktem do przodu i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ryzykuje swoim życiem. 
    Było późne popołudnie, więc ulice były pełne studentów, hipisów, punków, czy też wyznawców innych subkultur. Londyn był na tyle tolerancyjnym miastem, że pozwalał na bycie sobą i okazywanie tego publicznie. Tam nie miało znaczenia, jakiej jesteś wiary. Czy byłeś muzułmaninem, czy katolikiem albo należałeś do kościoła protestanckiego - nie byłeś przez to skreślany. Większość pierworodnych Anglików pogodziła się z faktem, iż stolica Anglii jest zamieszkiwana w trzech czwartych przez emigrantów różnych krajów.
    Harry lubił poznawać nowych ludzi, choć czasem sprawiało mu to spory problem, gdyż nie zawsze był tak pewny siebie. Doceniał ten tłum ludzi, który się przesuwał wzdłuż sklepów i kawiarenek, jednak tego popołudnia przeklinał tych ludzi za to, że w ogóle wyszli z domów. Nie miał ochoty na taki przepych, a co najśmieszniejsze - marzył o tym, by jakimś cudem wyrósł przed nim znak, który wskazałby mu drogę do kryjówki Bennett'a. Skręcił w prawo, w jakąś obcą mu alejkę, gdzie rozłożonych było kilka straganów z biżuterią, czy też jakimiś dywanami. Nie przykuwał uwagi do takich szczegółów, jednak coś go tknęło, aby przejść kilka metrów i ponownie skręcić. Tym razem, zielonym oczom chłopaka, ukazał się szereg domków, które niczym się od siebie nie różniły. No, chyba, że ogródkiem albo innym odcieniem dachu, czy też drzwi, ewentualnie okien. Wsunął swoje dłonie w kieszenie płaszcza i mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, idąc wolnym krokiem chodnikiem. Mijał ludzi, którzy posyłali mu zaskoczone spojrzenie. Och, on doskonale wiedział, że nie pasował do tego otoczenia. Nie miał kolosalnej sumy na swoim koncie, ani nie był w posiadaniu żadnej willi. Był po prostu chłopakiem, z siedmioletnim dzieckiem, który pracował w hotelu, a do tego nie miał perspektyw na resztę życia. Studiów nie skończył, więc nie miał możliwości na lepszą pracę, a i dziewczyny nie miał ochoty sobie szukać.
    Jakiś dziwny dźwięk przykuł jego uwagę, gdy stanął na skrzyżowaniu. Jakby zagłuszony strzał? Nie był do końca pewny swoich podejrzeń, jednak chciał się przekonać. Zaczął biec w stronę źródła tego dźwięku. Po krótkiej chwili szybkiego chodu, znalazł się przed domkiem z czerwonej cegły. Nie był pewny, co miał zrobić, więc po prostu wszedł na teren prywatny i skierował się na tyły ogródka. Miał cichą nadzieję, że nikt go nie zobaczy, a właściciel jest osobą, którą myślał, że jest.
    Wspiął się na palcach i spróbował zajrzeć do wnętrza domu, jednak mimo swojego wysokiego wzrostu - i tak był zbyt niski. Stanął z powrotem na trawie i rozejrzał się wokół siebie. Ujrzał czerwone wiaderko pod werandą, więc podszedł tam i wziął je, po czym podstawił sobie pod okno, by następnie na nie stanąć i zajrzeć do środka. Nim zdołał cokolwiek zobaczyć, poczuł mocne szarpnięcie w swoich nadgarstkach, a po chwili coś chłodnego i metalowego.
    - Co, do cholery?! - zapytał jakby samego siebie.
    Dotarło do niego, że został zakuty w kajdanki, a gdy odwrócił się w stronę, jak podejrzewał policjanta, zobaczył dużo niższą od siebie brunetkę o brązowych oczach, przysłoniętych wytuszowanymi rzęsami. Włosy dziewczyny były spięte w warkocza, a spod czarnej kurtki, wystawał kremowy sweterek. Zmierzył  ją wzrokiem i zauważył, iż jej jeansy, ciasno przylegają do nóg, a ciemne, skórzane botki ze złotymi akcentami dodawały jej tego czegoś.
    - Kim jesteś i co tutaj robisz? - dobiegł go surowy ton policjantki, a gdy nie odpowiadał na jej pytania, dziewczyna odwróciła go na powrót przodem do ściany i przycisnęła do muru - Odpowiedz.
   - Harry Styles. - bąknął zachrypniętym głosem chłopak - Słyszałem strzał, więc postanowiłem to sprawdzić.
    - Jakiś dowód tożsamości? Legitymacja? - Brunetka nieco się zmieszała. Nie miała w zwyczaju skuwać cywilów.
    - W tylnej kieszeni. - odparł Brytyjczyk, a Monk już chciała sięgnąć do  niej, kiedy przypomniała sobie, jak to by mogło wyglądać. Odsunęła te myśli od  siebie, gdy po raz kolejny, uświadomiła sobie, iż jest policjantką i może, w ten sposób, obmacywać chłopaków. Wyjęła z kieszeni Harry'ego porfel, w którym znalazła dowód potwierdzający jego tożsamość.
    - Okej, ale to nadal nie zmienia faktu, że włamałeś się na teren prywatny. - powiedziała pewnym siebie głosem.
    - Chciałem sprawdzić, czy się nie przesłyszałem, odnośnie strzału. Ktoś mógłby być ranny. - bronił się Styles.
    - Skąd przypuszcze- Przerwała, kiedy usłyszała wołanie swojego imienia - Tutaj!
    Kilka sekund później, obok nich pojawił się Robert Padolsky, chłopak, który z pewnością nie wyglądał na policjanta.
    - Dlaczego go skułaś? - zainteresował się brunet.
    - Węszył.
    - Dobra, jedziemy z nim na komendę. - Robert odwrócił się i skierował w stronę wyjścia z posesji.
    - Co? Nie! - Harry był zaskoczony tym, co właśnie się wydarzyło.
    - Siedź cicho. - mruknęła znudzona Blair, prowadząc Styles'a prosto do samochodu, którym przyjechał jej zwierzchnik.
    Pięknie, pomyślał Harry.



    Gdy Margaret pożegnała się ze swoim chłopakiem, zamknęła za nim drzwi od mieszkania na klucz i skierowała się do kuchni, gdzie, przy stole, siedziała Eleanor. Ten krótki czas, jaki spędziły w swoim towarzystwie, mogła określić jako miły i, co najważniejsze, nie było niezręcznie. Louise także wywarła na Calder pozytywne wrażenie, gdyż kilkakrotnie uśmiechnęła się do dziewczynki i nawet raz udało jej sie to zrobić szczerze. Mała Padolsky nie zauważyła tych sztucznych gestów, jednak Mer nie była ślepa. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że dziewczynie musiało być ciężko tak udawać.
    Dochodziła godzina jedenasta w nocy. Harry odwołał swoje przyjście, więc mogła doprowadzić kuchnię do porządku, a musiała przyznać, iż było to trochę ciężkie, zważywszy na to,  ile zjadła jej córka i Louis. Eleanor prawie nie tknęła kurczaka, jedynie podłubała trochę w ryżu z jabłkami, które przygotowała recepcjonistka wraz z Lu. 

   - Masz uroczą córeczkę. - brunetka uśmiechnęła się do Padolsky. Wydawać by się mogło, iż była zachwycona małą siedmiolatką, która smacznie już spała w swoim łóżku - Jest podobna do Harry'ego.
    Margaret nie spodziewała się po niej takiej bezpośredniości, jednak wcale nie miała jej tego za złe. Ostatnio mniej przejmowała się tym, czy ktokolwiek mógłby dowiedzieć się o tym, kto był ojcem jej dziecka. W końcu, jak na razie, niewiele osób o tym wie. W sumie, to tylko Lou i Harry. Ewentualnie Niall, jeśli Styles mu powiedział.
    - Racja, jest. - odparła Mer, wkładając do zlewu kubki po herbacie - Kiedyś mieliśmy.. ehm, pewną przygodę. Stare dzieje.
    - Och.
    - Nie chcę o tym gadać, wybacz.
   - W porządku, nie zmuszam cię do tego. - szepnęła Calder, bawiąc się krańcem swojego swetra - Przepraszam, że tak ci się zwaliłam na głowę. Praktycznie się nie znamy.
    Margaret pamiętała z tego, co mówił jej Tomlinson, że Eleanor nie była strasznie rozmowna, więc zaskoczyło ją zachowanie dziewczyny. Odwróciła się w jej stronę i posłała jej delikatny uśmiech.
    - To mamy do tego okazję. - rzekła sympatycznie Mer - Jesteś przyjaciółką Louis'a, więc na pewno,  jeszcze nie raz byśmy się spotkały.
    - Ale jestem też jego byłą dziewczyną. - wtrąciła Eleanor, czując taką potrzebę. Jednego, czego się dowiedziała na tych sesjach z psycholożką, to to, aby zostawiać wszystko wytłumaczone, nawet, jeśli prawda miałaby boleć - Domyślam się, że nie jest ci łatwo, no wiesz, przebywać ze mną w jednym pomieszczeniu, ale możesz być pewna, iż nie zabiorę ci chłopaka.
    - Nie myślałam tak. - broniła się brunetka - Staram się nie oceniać ludzi poprzez ich stare życie. Jesteś naprawdę miłą osobą, Eleanor. Nie zamierzam mieć do ciebie o cokolwiek pretensji.
    Ekspedientka uśmiechnęła się ledwo widocznie, jednak Mer to dostrzegła.
    - Inna dziewczyna, kazałaby mi się trzymać z daleka od takiego chłopaka, jakim  jest Lou. - szepnęła.
    - To głupie. - stwierdziła Mer - Mam zaufanie do Lou.
    - Zaufanie jest najważniejsze w związku. - odparła Calder, a Padolsky skinęła jej głową. - Przepraszam, ale chyba sie już położę.
    - Jasne. Dobranoc. - Margaret uśmiechnęła się do dziewczyny, kiedy ta ją mijała.



*

    Zanim Padolsky położyła się do łóżka, wymieniła kilka esemesów ze swoim chłopakiem na temat ich kolejnego spotkania. Louis miał rano pojechać do swojego lekarza, więc to odpadało. Zaproponował, aby zjedli razem obiad, na co brunetka przystała.
    Spokojny sen dziewczyny został rozproszony przez szturchnięcia, które z początku były niepewne, jednak z czasem stały się intensywniejsze. Gdy Padolsky otworzyła oczy, ujrzała stojącą przed nią Louise z przerażonym wyrazem twarzy. Mer podniosła się do pozycji siedzącej i przyjrzała się swojej córce w milczeniu. Dopiero po kilku sekund zapaliła nocną lampkę.
    - Stało się coś? - zapytała zachrypniętym głosem brunetka, przypatrując się dziewczynce.
    - Eleanor chyba przyśniło się coś złego. - mruknęło dziecko, a Margaret przyciągnęła ją do siebie, aby nie zmarzła.
    - Dlaczego tak myślisz?
    - Płacze. - szepnęła Louise, zagłębiając twarz w ramionach swojej rodzicielki.
    - Połóż się, okej? Pójdę sprawdzić.
    Lulu skinęła jej głową i wskoczyła pod kołdrę, zakrywając się po same uszy. Margaret przejechała dłonią po swoich włosach, zerkając jednocześnie na elektroniczny zegarek. Było po trzeciej. Poprawiła swoje czerwone spodnie od piżamy, po czym wyszła ze swojej sypialni i skierowała się do pokoju, który zajmowała Calder.  Z początku nie była pewna, czy może wejść do środka, jednak jej wątpliwości zniknęły, gdy usłyszała szloch po drugiej stronie drzwi. Zapukała, po czym weszła.

    - El, wszystko w porządku? - Przymknęła za sobą drzwi i podeszła do łóżka dziewczyny. Calder, w pewnym momencie usiadła, co przestraszyło trochę Padolsky, jednak nie zrezygnowała i widząc zapłakaną twarz brunetki, przysiadła na materacu obok niej i dotknęła jej ramienia, by pomasować go trochę.
    Kiedy Eleanor uniosła swoje zmęczone tęczówki na Margaret, recepcjonistka ujrzała w nich strach i zagubienie. Mogła się tego spodziewać. Przecież po takim czymś, na pewno ma się uraz do końca życia.
    - Prze-przepraszam cię, M-mer. - wychlipiała Calder podciągając nogi pod brodę i obejmując je rękoma - Nie.. nie chciałam cię obudzić.
    - Nic się nie stało. - odpowiedziała opiekuńczo Padolsky - Potrzebujesz czegoś?
    Przez dłuższą chwilę, Eleanor nic nie mówiła, tylko wpatrywała się w  jej twarz, jakby to tam znajdowała się odpowiedź.
    - Boję się zamykać oczy, Mer. - szepnęła drżącym głosem El - Gdy to robię, widzę jego twarz i.. i przypominam sobie wszystko..
    Margaret spostrzegła jak po policzkach jej towarzyszki spływają łzy. Cholernie jej współczuła tego bólu, jaki musiała czuć. Nie znała Calder zbyt dobrze, jednak mogła śmiało powiedzieć, iż sobie nie zasłużyła na taki los.
    - Jak mnie dotykał... policzkował.. całował.. - wybuchnęła płaczem, więc Padolsky natychmiast zareagowała i przytuliła ją do siebie, a Eleanor pod wpływem jej gestu, objęła ramionami niczym mała, bezbronna dziewczynka - Nigdy tego nie zapomnę.. - szepnęła poprzez łzy.
    Co wydawało się Mer najdziwniejsze? Że w tamtym momencie, poczuła, że się rozpłacze. Gdyby kilka dni wcześniej miała jakiekolwiek wątpliwości, co do zaangażowania Louis'a, czy też Harry'ego odnośnie pomocy Calder, teraz zrozumiałaby, co nimi kierowało. Eleanor była tutaj ofiarą, może poniekąd mogła temu zapobiec, nie dopuszczając do brania narkotyków kilkanaście lat temu, jednak to nie zmieniało faktu, iż nią była.
    - Eleanor - zagadnęła Mer, kiedy odsunęła się trochę od dziewczyny i mogła spojrzeć w jej piwne oczy, nadal przysłonięte łzami. - musisz iść na policję i wnieść skargę na Bennett'a.
    Calder pokręciła przecząco głową, próbując odgonić te wszystkie straszne obrazy i jednocześnie odpowiadając na prośbę Margaret.
    - On mnie znajdzie i zabije. - głos się jej załamał.
    - Nie zasłużyłaś na takie życie; w wiecznym strachu. Ten koleś powinien ponieść konsekwencje. - Mer obstawała przy swoim.
    - Jeśli tego nie zrobisz, to będzie chodzić bezkarnie po ulicy. - tym razem Calder milczała - Pomożemy ci. Ja, Lou, Harry, Niall... Nie będziesz z tym sama.
    - Nie rozumiesz, Mer. - dziewczyna ponownie się rozpłakała - Nie pozwolę wam na to, abyście byli tego częścią. Zwłaszcza ty. Nie chcę, aby coś wam zrobił. Tobie albo Louise. Ja.. nie wiem..
    Padolsky przez dłuższą chwilę zastanawiała się nad tym, co powiedziała jej brunetka. Była całkowicie inna niż myślała, że jest. Gdy pierwszy raz, Mer weszła do butiku, w którym pracowała Eleanor, nie znając jej wcześniej, powiedziałaby, że jest rozpieszczoną idiotką, która o nikogo nie dba. Teraz, dotarło do niej, jak bardzo się myliła. Eleanor Calder nie obchodził jej własny los. Bardziej obawiała się tego, czy Troy nie zrobi niczego złego jej przyjaciołom.
    - A jeśli policja przyjedzie do ciebie? - zaproponowała Padolsky, w ostatniej chwili, przypominając sobie bardzo istotną rzecz. Zaciekawione spojrzenie jej towarzyszki przekonało ją, by kontynuować - Mój brat jest policjantem.

niedziela, 8 grudnia 2013

Rozdział Dwudziesty Trzeci

     AUTORKA: Hej. Wiem,  że bardzo długo mnie tutaj nie było, za co was cholernie przepraszam, ale wiecie: szkoła, lenistwo, szkoła... w zeszłym tygodniu miałam coś napisać, ale czasu nie było. 18stka u przyjaciółki, potem wiadomość, że moj idol zginął.. Ech, szkoda gadać.
Wycisnęłam ten rozdział na siłę, o tej porze. Wow 3 nad ranem. Jeśli to będzie dobre, to się cieszę. Jeśli nie, to śmiało, możecie mnie zabić.
Mam chwilową (od dwóch tygodni) blokadę na pisanie. Jednak powoli będę starała się wracać do was. Przepraszam jeszcze raz.
Jeśli chcecie, to jest zakładka One-Shots, gdzie mam zamiar publikować moje jednoparty. Dwa z nich już tam się znajdują. Kolejny opublikuję we wtorek, jak nie zapomnę.
Jestem  do tyłu z kilkoma blogami,więc  wybaczcie mi, jednak postaram się wszystko nadrobić.
Miłej niedzieli..xx
Ach,  sypie śnieg. Jest cudownie. Kocham zimę (jak nie muszę wychodzić na zewnątrz). Bye xx
   
   EDIT: Zmieniałam juz  z tysiąc razy kolor czcionki, by było cokolwiek widać, a tutaj nadal mi wracaja stare kolory, za co bardzo przepraszam !

    Londyn, 2013
    Margaret była nieco zestresowana tym, co miało się wydarzyć w najbliższych kilku minutach. Siedząc w fotelu i stukając jakąś bliżej jej nieznaną melodię o ramię mebla, wpatrywała się co kilka sekund na zegar ścienny, który jakby robiąc jej na złość - chodził coraz to wolniej. Brunetka nigdy nie odczuwała czegoś takiego. Sama zastanawiała się, dlaczego zaproponowała, by była dziewczyna jej chłopaka spała w tym samym mieszkaniu, co ona, jednak nie potrafiła postąpić inaczej. Była osobą, która nie odmówiłaby pomocy, choćby niewiadomo co - to jedna z jej słabości.
    Eleanor mogła spotkać tylko raz, na meczu Louis'a, jednak wtedy nie było aż tak możliwości ku rozmowie. Obie dziewczyny, fakt, nie były zbytnio zainteresowane grą, ale tematu do konwersacji w jakiś sposób zabrakło. I właśnie tego obawiała się też Padolsky. Że Calder i ona nie znajdą wspólnego języka, zwłaszcza po tym, co przeszła młodsza brunetka w ostatnim czasie. 
      Mer, poczuła pewnego rodzaju chęć do wsparcia ekspedientki. W końcu coś je łączyło, a raczej ktoś. Louis, z pewnością nie był obojętny Eleanor, co zdążyła już zauważyć Margaret. Wiedziała, że się przyjaźnią i nie chciała, by szatyn wybierał między nią, a swoją eks dziewczyną. Padolsky nie należała do osób, które tylko czyhały na przykrości innych ludzi. Taka była jej matka. Bezwzględna kobieta, którą lubiano za to, że zawsze była na bieżąco z informacjami na temat innych sąsiadów, a sama zatajała przed wszystkimi swoje życie. Brunetka zastanawiała się, dlaczego tak sympatyczna i opiekuńcza kobieta jak Jay Tomlinson, przyjaźniła się z kimś takim jak Anne Padolsky.
    Jej dalsze rozmyślenia przerwało pukanie do drzwi. Dziewczyna wstała z fotela i podeszła do nich, by następnie wpuścić do środka swojego chłopaka w towarzystwie przyjaciółki. Eleanor nie wyglądała na zadowoloną, jednak posłała Mer delikatny zarys uśmiechu.
    Przez krótką chwilę, Mer poczuła się obco we własnym mieszkaniu. Dotarło do niej uczucie, które nie powinno dotrzeć. Obecność Calder sprawiła, iż recepcjonistka zwątpiła we wszystko, co dotąd ją otaczało. Na te kilka sekund, przed jej oczami pojawił się obraz pary stojącej przed nią, będących razem. Zakochani - tak wyglądali. Trzymali się za ręce, posyłali sobie spojrzenia, uśmiechy gościły na ich ustach, a migoczące tęczówki były jakby odzwierciedleniem wszystkiego, co czuli.
    Jak za machnięciem magicznej różdżki - wszystko zniknęło. Margaret przymknęła na dłuższą chwilę oczy, by potem ponownie ujrzeć swojego ukochanego w  towarzystwie Eleanor. Właśnie w tamtej chwili, gdy uniosła swój wzrok na brunetkę, ujrzała pod jej okiem bardzo słaby, praktycznie już znikający siny okrąg, co sprawiło, iż serce jej przestało niemalże bić. Uderzyła w nią powaga całej sytuacji, o której wiedziała jeszcze tak mało. Zrehabilitowała się, posyłając swojemu gościowi przyjazny uśmiech. 
    Calder, z początku nie wiedziała jak się zachować, ale kiedy usta Padolsky uformowały się w przyjazny gest, dziewczyna nie mogła go nie odwzajemnić. Mimo tego, iż zdawała sobie sprawę z tego, że Mer chciała jak najlepiej - wiedziała jednak, że brunetka nie jest świadoma niebezpieczeństwa, z jakim wiązała się sama znajomość z El. A gdy pomyślała  o tym, iż z jej powodu, ktokolwiek mógłby stać się ofiarą mężczyzny, niezdolnego poczuć cokolwiek, żołądek zawijał się jej w supeł.
    - Wszystko okej? - Margaret bardziej zapytała Louis'a niż Eleanor, gdyż ten posyłał jej dziwne spojrzenia. Chłopak skinął głową i zdjął ze swojej szyi szary szalik, po czym pomógł z płaszczem Eleanor. Kiedy para pozbyła się już ubrania wierzchniego, Padolsky zaprowadziła Calder do jej tymczasowego pokoju, a Louis zaszedł do pokoju córki swojej dziewczyny.
     Było to niewielkie pomieszczenie, między sypialnią Mer i Louise. Zazwyczaj nie było ono odpowiednio zagospodarowane, a łóżko, które znajdowało się przy jednej ze ścian, zostało wstawione przez Tomlinson'a na ten czas, gdy El miała w nim spać. W lewym kącie pokoju, znajdowały się trzy kartonowe pudła, które zawierały różne drobiazgi, które zdołała zabrać ze sobą Mer, jeszcze z Doncaster, 7 lat wcześniej. Na jednej z brązowych ścian, wisiała półka, gdzie poustawiane były filiżanki. Mer bardzo lubiła kupować porcelanę.
     - Trochę tutaj posprzątałam, ale i tak wydaje się być okropnie.
    - Jest dobrze, dziękuję. - szepnęła Calder, podchodząc do łóżka, zajmującego niemalże całą wolną przestrzeń tego pomieszczenia - I tak dużo już zrobiłaś. Nie chcę, byś czuła obowiązek opiekowania się mną.. - El położyła na materacu torbę, w której miała najpotrzebniejsze rzeczy.
    Margaret spojrzała na brunetkę.
    - Zaprosiłam cię tutaj, abyś poczuła się bezpieczniej. - odpowiedziała - I choć na chwilę wyszła ze środowiska chłopców. - dodała, lekko się uśmiechając.
    Eleanor skinęła jej głową.
    - Dziękuję. - szepnęła.
    Padolsky cieszyła się z możliwości pomocy dziewczynie.
   Tak jak powiedziała, tak zrobiła. Opuściła tymczasowy pokój Eleanor i skierowała się do kuchni, gdzie słyszała rozmowę. Gdy weszła do pomieszczenia, Louis opierał się o blat, a przy uchu przytrzymywał swój telefon. Margaret postawiła wodę na herbatę i przeniosła spojrzenie na swojego chłopaka. Ten uśmiechnął się do niej, ukazując białe zęby, a następnie zakończył połączenie.
    - Dzwonił Harry. - odparł Tommo - Powiedział, że wpadnie wieczorem.
    - Okej. - mruknęła brunetka, wyciągając z szafki trzy kubki na gorący trunek. - Niall też?
    Szatyn pokręcił głową na boki.
    - Musi zająć się bratem.
   Padolsky wypowiedziała ciche "aha" i podeszła do szafki, by wyjąć z niej talerze na obiad, jednak uniemożliwił jej to Louis. Złapał ją za nadgarstek i przyciągnął do siebie tak, że ich twarze dzieliło parę centymetrów. Natychmiast złagodził swój uścisk, gdy szare tęczówki brunetki skrzyżowały się z jego.
    - Nic mnie nie łączy z Eleanor. - szepnął - Wiesz, że nigdy bym cię nie zranił.
    - Dlaczego mi to mówisz? - Mer była zaskoczona wyznaniem chłopaka.
   - Ponieważ, gdybym cię nie znał, stwierdziłbym, że jesteś zazdrosna. - wypowiedział to z pewną satysfakcją w głosie.
    - Ja? Zazdrosna? - szatyn skinął głową - Nie jestem zazdrosna.
    - Naprawdę?
    - Raczej, że nie. - broniła się brunetka - Skąd pomysł, że mogłabym być zazdrosna?
    Louis zgarnął ciemny kosmyk włosów swojej parnerki i założył go jej za ucho, uśmiechając się triumfalnie. Po ciele Mer przeszedł ciepły dreszcz.
    - Znikąd. - wzruszył ramionami - Po prostu chciałem mieć jakiś pretekst, by móc ci powiedzieć, że cię kocham.
    - Musisz mieć pretekst, by mi to mówić? - droczyła się z nim brunetka.
    - Tak. - łobuzerski uśmiech zagościł na jego ustach, a Mer miała ochotę mu go zedrzeć z twarzy.
    - Przestań się tak szczerzyć. - bąknęła dziewczyna.
    - Zmuś mnie, skarbie. - jak na złość, jego uśmiech się poszerzył.
    Brunetka zarzuciła swoje dłonie na szyję swojego chłopaka i zamknęła oczy, napierając na wargi szatyna. Pocałunek, jaki rozpoczęła został odwzajemniony przez jej partnera, a rozchylone usta Mer pozwoliły piłkarzowi sprawnie działać cuda jego językiem. Ciepło, jakie czuła Padolsky było nieporównywalne do czegokolwiek innego.
   Szybki powrót do rzeczywistości zagwarantował im dźwięk gotującej się wody, który spowodował przerwanie pocałunku pary. Mer odsunęła się od swojego chłopaka i wyłączyła czajnik, po czym zalała trzy herbaty w kubkach. W następnej chwili, do kuchni weszła uśmiechnięta Louise, trzymając za rękę wysoką brunetkę o nieco zagubionym spojrzeniu.
    - Patrzcie, kogo przyprowadziłam. - uśmiechnęła się Lu, wskazując na Calder.
    - Wspaniale, mały potworku. - Tomlinson  podszedł do siedmiolatki i kucnął przed nią, a już w następnej sekundzie ją łaskotał.
    Eleanor, w tym czasie, zerknęła na Margaret, która kroiła cytrynę. Poczuła się odrobinę lepiej, gdy widziała, że Louis jest szczęśliwy. Odkąd zerwali ze sobą jakikolwiek  kontakt po ich rozstaniu, El przysięgła sobie, że jeśli Tommo nie będzie jej już chciał, to dopilnuje, by jego życie się ułożyło. I dotarło do niej, że stało się tak bez jej ingerencji.
    Margaret stanęła przy ekspedientce i podała jej czerwony kubek z gorącą herbatą. Eleanor posłała jej uśmiech, w ramach podziękowania i w tamtym momencie przysięgła sobie, że i ona musi ułożyć sobie jakoś życie.


    Średniego wzrostu brunetka siedziała przy biurku i wypełniała kolejne akta, których nie zdążył zrobić jej poprzednik. Z tego, co słyszała, to była już trzecią osobą przyjętą na to stanowisko, w jednym miesiącu. Zazwyczaj kandydaci nie wytrzymywali tej presji i wymagającego szefa. Już na samym początku, dla Blair wydawało się dziwne to, że skontaktowała się z nią akurat ta komenda policyji. Jedna z najlepszych, w całym Londynie. Podanie złożyła tylko ze względu na swojego ojca, który niegdyś tam pracował. Jeszcze zanim poszedł na emeryturę.
    Granatowe niebo, przysłonięte było ciemnymi chmurami, a ulice zostały rozświetlone przez pomarańczowe światło latarni. Nie było nic nadzwyczajnego w tym, że nowa policjantka zostawała po godzinach już trzeci dzień z rzędu. Wszystko to było powodem tego, że jej szefa nie było w mieście. Wrócił do swojego rodzinnego miasta, a w do stolicy miał przyjechać dopiero następnego ranka.
    Blair nie ukrywała, że bardzo by chciała zrobić dobre wrażenie na swoim zwierzchniku. Pracowała tam zaledwie miesiąc, a ani razu nie poszła w teren, na żadną akcję.
    Został jej kwaśny posmak po jej soku z wyciśniętych pomarańczy, który przyniosła sobie do pracy. Należała do tych osób, które lubiły się zdrowo odżywiać, więc starała się omijać fast-foody.
    Dziewczyna oparła głowę na rękach i westchnęła. Nienawidziła papierkowej roboty, a jednak tam była i oddanie wypełniała kolejne akta, podczas, gdy jej znajomi spędzali czas na imprezowaniu w jakimś klubie.
    - Nie za późno na pracę? - z zamyślenia wyrwał ją męski głos. Uniosła głowę i ujrzała przed sobą chłopaka o postawnej posturze z ciemno-brązowymi włosami i równie ciemnymi oczami. Ubrany był w czarną, skórzaną kurtkę, spod której wystawała biała koszulka. Sprane jeansy były odpowiednim wyborem do takiego kompletu. - Blair, nie powinnaś chyba być w domu, czy coś?
    Brunetka z trudem powstrzymała uśmiech. Co jak co, ale troska w głosie jej szefa była rzeczą, której spodziewała się najmniej.
    - Tsa, ale akta same się nie wypełnią. - mruknęła dziewczyna, podpisując kolejne  papiery. - Nie miałeś wrócić jutro?
    - Miałem, jednak plany się zmieniły. - bąknął chłopak - Sprawdziłem to, co musiałem sprawdzić i mam pewne podejrzenia.
    Brązowe oczy Monk zalśniły od ciekawości, więc nic nie mówiąc, dała szansę kontynuować swojemu przełożonemu.
    - Troy Bennett, ostatni raz był widziany w Doncaster, wczoraj wieczorem.
    - Nonsens. Przecież ma zakaz opuszczania Londynu. - przerwała mu brunetka, a widząc minę Roberta, odpuściła.
    Padolsky usiadł naprzeciwko niej i wyjął ze swojej kieszeni od spodni, komórkę, by móc zacząć ją obracać w  palcach.
    - A powiedz mi, co mogłoby w tym przeszkodzić? - zaczął powoli - Nadzór policyjny? Nie sądzę. Koleś ma swoje wtyki prawie w każdym możliwym miejscu.
    - Chcesz powiedzieć, że Bennett wrócił na stare śmieci. - Blair bardziej stwierdziła niż zapytała.
    - Otóż nie. - odpowiedział - Późnym popołudniem został zarejestrowany na zdjęciu, na światłach, gdzie kierował się na drogę, którą  opuszcza się miasto. Według moich źródeł wrócił do stolicy.
    - Pytanie brzmi, po co?
    - Właśnie tego musimy się dowiedzieć. - podsumował Padolsky. - Jedź już do domu, na litość boską. - zwrócił się do Monk - Musisz być wypoczęta jutro, bo zaczynamy od przesłuchania starych znajomych Bennett'a.
    Blair wstała z krzesła i posłała chłopakowi cień uśmiechu. Lubiła jego stosunek do pracy. Był profesjonalistą, takim wzorem do naśladowania. Nieco skrytym, ale budzącym szacunek wśród innych. Za to go lubiła.

Obserwatorzy